15.02.2010 15:20 Kategoria: Motory i skutery, Za kierownicą

Skutki braku myślenia na drodze – relacja skuterzystki

Autor: Sandra Madej

Dzień jak każdy inny, poranek przed pracą w redakcji. Pobudka, śniadanie, kask i warkot silnika mojego pomarańczowego skutera. Pogoda dopisywała, był to początek września. Sucha droga i żadnego wariata na drodze. Nic nie zapowiadało tragicznych w skutkach wydarzeń.


MobilneKobiety.pl - Skutki braku myślenia na drodze, fot. shutterstock

Skutki braku myślenia na drodze, fot. shutterstock

Na skuterze jeżdżę od ponad dwóch lat. Jest to znakomity środek lokomocji w zakorkowanym Wrocławiu. Wszędzie są objazdy i remonty. Samochody i autobusy stoją godzinami w miejscu. Zainwestowałam w mały skuter, pieszczotliwie zwany Fruśką, którym mogę bez problemu przemieszczać się między samochodami. Zrobiłam nawet kartę motorowerową, by być w pełni legalnym użytkownikiem ruchu i zmniejszyć szanse na spowodowanie wypadku. Jednak żaden papierek nie pomoże, jeśli kierowcy wszystkich pojazdów nie będą po prostu myśleć.

 

Wyobraźni nigdy za wiele

Tego dnia pokonywałam ten sam odcinek drogi, co zawsze. Mieszkam na obrzeżach miasta, ale myli się ten, kto uważa, że jest tam bezpieczniej niż w centrum. Główna droga w mojej dzielnicy jest drogą wylotową, prowadzącą na lotnisko i autostradę. Przewijają się tędy setki samochodów, których kierowcy uważają, iż nikt tu nie mieszka i można wcisnąć gaz do dechy na prostej drodze. Mnóstwo tu ciężkich sprzętów wspomagających remonty.

Jechałam tą samą prędkością, co zawsze – nie mam w zwyczaju jechać szybko, bo jazda na skuterze z domu do centrum zajmuje mi tylko 15minut. W autobusie spędziłabym ponad godzinę. Jechałam drogą, na której powadzone były remonty. Zorganizowano tam ruch wahadłowy, a żeby zmienić pas, należało przejechać przez wysypany żwirem podjazd. Miał on ułatwić zmianę pasów, których nawierzchnia była różnej grubości. Przed podjazdem zwolniłam – w innym przypadku, bez zmiany prędkości, straciłabym panowanie nad maszyną. Mój skuter ma bardzo wąskie koła, nie jest jakimś rajdowym wynalazkiem, dlatego wymagana jest szczególna koncentracja i umiejętność balansowania ciężarem ciała. Za mną jechały trzy samochody. Nie pamiętam, żebym hamowała gwałtownie. W sumie to dalej już niewiele pamiętam.

 

Niezupełnie miękkie lądowanie

Wiem, że po tym, gdy samochód z tyłu wjechał mi w koło, spadłam i wleciałam prosto na żwir. Świadkowie twierdzili, że wina była obustronna – ja powinnam zahamować nieco łagodniej, a kierowca za mną powinien zachować szczególną ostrożność na rozkopanej drodze, dodatkowo mając przed sobą skuterzystę. Na całe szczęście miałam kask, toteż nie odniosłam żadnych obrażeń głowy. Żwir dotkliwie poranił mi dłonie i kolana. Byłam nieprzytomna, więc ktoś zadzwonił na pogotowie. Czekając na karetkę, ludzie zdążyli mnie ocucić i zabezpieczyć miejsce wypadku. Mniej więcej po godzinie zjawiła się służba medyczna (jak mówiłam – okrutne korki). Do tego czasu zdążyłam już zrozumieć, co zaszło. Opatrzono mi rany na dłoniach i lekko obmyto kolana. Wypadek miał miejsce pięć kilometrów od mojego miejsca zamieszkania, a więc niedaleko. Ponieważ stanowczo odmawiałam pojechania na pogotowie, lekarze nalegali, żebym zadzwoniła po kogoś, kto zabrałby mnie do domu. „Ale co się wtedy stanie z Fruśką?” – mówiłam. Powiedziałam, że nic mi nie jest, że wszystko w porządku i że jestem w stanie sama się sobą zająć. Lekarze ulegli, nie naciskali, żebym jednak pojechała z nimi. Sprawdzili, czy jeszcze ktoś nie ucierpiał, po czym spakowali swój sprzęt i odjechali. Mężczyzna, który we mnie wjechał, był przerażony. Myślał, że mnie zabił, bo przecież leżałam przez dłuższy czas nieprzytomna. Nie zainteresował się zupełnie tym, że przód jego samochodu był zniszczony. Przekonałam go, że nic mi się nie stało, tylko drobne obrażenia. Nie powiedział nic o odszkodowaniu, za bardzo był wstrząśnięty. W końcu pozostałe samochody się rozjechały, a ten przemiły człowiek zostawił mi swój numer telefonu, na wypadek gdyby coś się działo z moim zdrowiem, „bo chciałby pomóc”. Wszystko mnie bolało, nie mogłam za bardzo chodzić, nie mówiąc o trzymaniu kierownicy skutera. Żeby dojechać do domu, musiałam objechać trasę na około ze względu na te koszmarne remonty, a więc wyszło nie pięć tylko dziesięć kilometrów. Nie miałam wyboru, musiałam zabrać Fruśkę do domu, a dopiero potem myśleć o swoich kolanach. Zapaliłam więc silnik, poprawiłam skrzywioną nieco kierownicę, założyłam kask i z wyprostowaną w powietrzu nogą wracałam do domu. Cała, choć niezupełnie zdrowa.

<< Pierwsza < Poprzednia Strona 1 Strona 2 Następna > Ostatnia >>
Trwa wysyłanie Twojej oceny...
Jeszcze nie ocenione. Bądź pierwszym który oceni ten wpis!
Kliknij pasek ocen aby ocenić wpis.

Komentarze

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

* - pole wymagane

*
*

Samochody kontra ludzie

Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...

Inne artykuły z tej kategorii

Galeria portalu

Biznes kopany, fot. sxc.hu

Biznes kopany

Nie są menadżerami największych korporacji, a zarabiają miliony. Mają cele do zrealizowania, ale za...

O nas | Reklama | Napisz do nas | Regulamin

Copyright © 2010 MobilneKobiety.pl