Autor: Agnieszka Bartoszewicz
AB: Skąd pomysł na tak niecodzienne zajęcie?
KM: Wszystko zaczęło się od pasji, od miłości do koni i chęci poznania tych zwierząt.
Kiedy zaczęła się twoja przygoda z końmi?
W wyścigach startuję od 2006 roku. Już wcześniej robiłam to amatorsko. Teraz staram się, żeby wyglądało to już bardziej „zawodowo” (śmiech). Jeździć zaczęłam jakieś dziesięć lat temu. Na początku tylko rekreacyjnie. Po roku trafiłam na Partynice.
Tam poznałaś trenera?
To był zupełny przypadek. Razem z przyjaciółką przyszłyśmy na tor, znając jedynie nazwisko trenera Roberta Świątka i nie mając większego pojęcia o wyścigach. Na początku trenowałam raz w tygodniu. Potem, kiedy tylko miałam wolną chwilę, i tak już zostało.
Dziś ścigasz się na wrocławskich Partynicach, ale pracowałaś także w Skandynawii.
Byłam w Szwecji i Norwegii. Nie brałam tam jednak udziału w gonitwach, tylko pracowałam w stajni i prowadziłam konia do wyścigów. Za granicą sporo się nauczyłam. W końcu jednak zatęskniłam za domem.
Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy dosiadłaś konia wyścigowego?
Tak, naturalnie, że pamiętam, bo wtedy spadłam (śmiech). Trener chciał sprawdzić, jak jeździmy i padło pytanie, czy umiemy galopować. Oczywiście, że umiemy, przecież wcześniej już to robiłyśmy. Wtedy nie widziałyśmy żadnej różnicy między tymi końmi a końmi rekreacyjnymi. Wsiadłam, koń poszedł galopem, zaczął brykać i spadłam.
Mówiłaś o swym pierwszym treningu na torze, a pierwszy wyścig?
To są takie emocje, że nie da się zapomnieć. Pamiętam, że wszyscy odjechali, a ja nagle zostałam daleko w tyle. Konie szły niesamowicie szybko. Zapytałam potem trenera, czemu na mnie nie poczekali, czemu było aż tak szybko. Odpowiedział, że tak właśnie wyglądają wyścigi. A ja na to, że w takim razie chcę jeszcze raz.
Jak wygląda twój zwykły dzień w pracy?
Nie można powiedzieć, że jakiś dzień jest „zwykły”, bo tutaj ciągle coś się dzieje. Nic dziwnego, gdy ma się pod opieką dwadzieścia sześć koni, a każdy jest inny. Codziennie przychodzimy rano, karmimy zwierzęta, potem wyprowadzamy je do specjalnej maszyny – „karuzeli”, w której chodzą i w ten sposób się rozgrzewają. My w tym czasie porządkujemy ich boksy. W końcu zabieramy konie na przejażdżkę. Zimą jeździmy w hali, ale normalnie trenujemy na torze. Najpierw stępem, potem kłusem i w końcu galopem. Prędkość zależy od tego, na jakim etapie treningu jest koń. Po jeździe zwierzęta wracają do maszyny. Potem czyścimy je i karmimy, i tak kończy się dzień.
Masz jakieś swoje ulubione wierzchowce?
Zawsze ma się jakieś ulubione. Nawet, jeśli mówi się, że tak nie jest (śmiech).
Wielu osobom wydaje się, że jazda polega tylko na siedzeniu na koniu i nic nierobieniu…
Jazda konna to absolutnie nie jest tylko siedzenie. Na torze najważniejszym zadaniem jest nakłonienie wierzchowca, żeby chciał biec szybko razem z resztą koni. Przede wszystkim trzeba wystartować równo z pozostałymi. Później – wiedzieć, kiedy dać mu trochę odpocząć, a kiedy podgonić. Pilnować, żeby koń obok był bardzo blisko, żeby nasz czuł tę rywalizację. Na prostej zaczyna się tzw. jazda w posyle, kiedy, mówiąc w skrócie, całym ciałem pomagamy mu galopować. Rezultat wyścigu zależy zarówno od konia, jak i od umiejętności i siły fizycznej jeźdźca.
Mówisz o sile fizycznej, ale ja widzę przed sobą szczupłą, drobną kobietę. Gdzie więc ta siła?
Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...
Bóle brzucha i mdłości zwykle kojarzymy z zatruciami pokarmowymi. Jednak tych symptomów lepiej nie...
Nie są menadżerami największych korporacji, a zarabiają miliony. Mają cele do zrealizowania, ale za...