Nawet jeśli na co dzień siedzisz po osiem godzin w biurze, a wieczorami spędzasz czas na kanapie przed telewizorem, prawdopodobnie jak każda kobieta marzysz o prawdziwej przygodzie. Wcale nie musi to być niebezpieczna wyprawa w głąb Czarnego Lądu czy w Himalaje. Aby dodać szaremu życiu nieco kolorów, wystarczy od czasu do czasu pozwolić sobie na nieplanowany wyjazd na weekend albo intensywny trening mało znanego sportu. Nasza rozmówczyni, Monika Dyba, jest przykładem osoby, która nie poprzestała na jednej ucieczce od codzienności. Udowadnia, że można nieustannie wdrażać w życie najbardziej szalone plany. Pracuje jako fotoedytorka i fotografka, z zamiłowania jest podróżniczką, lata na paralotni, uprawia kitesurfing, mountainboard i nie tylko...
J.B.: Całą swoją osobowością udowadniasz, że fotoedytorstwo to nie jest to zawód dla nudziarzy…
M.D.:Jestem fotoedytorką i uważam, że to zawód dla nudziarzy (śmiech). Cały dzień nic nie robisz, tylko oglądasz zdjęcia. Jeśli masz ciekawe pismo, to oglądasz ciekawe zdjęcia. Jeśli masz budżet, możesz nawiązać kontakt i współpracę z dobrymi fotografami z całego świata. Czasem zlecasz sesje, rozliczasz budżety i dbasz o umowy. Na koniec archiwizujesz. Czasem nic nie robisz albo sześć razy szukasz lepszego zdjęcia na okładkę pisma. Pracowałam zarówno w cudownych miejscach, jak i w okropnych. Jednak naprawdę lubię swoją pracę! Moim zdaniem jest łatwa. Można się zorganizować tak, aby mieć czas na inne przyjemności.
Kilka lat temu rzuciłaś wszystko i zaciągnęłaś się na statek.
Stało się tak częściowo z powodu złamanego serca. Wnukom będę opowiadać: „babcię wkurzył facet, więc się zaciągnęła na statek”. Decyzję podjęłam w ciągu kilku dni. Dwie rozmowy kwalifikacyjne, szybkie szkolenie, egzamin i siedziałam w samolocie na Alaskę, gdzie odbyłam dwutygodniowy kurs, po czym wróciłam na transatlantyk do Europy. Opłynęłam dwukrotnie Bałtyk, potem szlak wiódł przez Wyspy Brytyjskie, Islandię, Grenlandię, Kanadę, aż do Stanów. Spędziłam miesiąc na Wschodnim Wybrzeżu, a na koniec trzy miesiące na Karaibach. Było cudownie! Kilka godzin pracowałam na morzu, a gdy przybijaliśmy do portu, schodziłam na ląd i byłam wolna. Jako fotograf miałam naprawdę taryfę ulgową w porównaniu z innymi pracownikami. Nie ominęła mnie choroba morska. Najgorsza dopadła mnie w okolicach Grenlandii. Na szczęście alkohol (ale tylko po godzinach pracy) niwelował kołysanie.
A jak zaczęła się twoja pasja fotograficzna?
Po szkole średniej nie potrafiłam sprecyzować oczekiwań względem życia. Nie chciałam podjąć pochopnej decyzji o kierunku studiów. Postanowiłam zamieszkać na Islandii, jednej z trzech krain, którą zawsze chciałam zobaczyć, i tam zastanowić się, co zrobić ze swoim życiem. Islandia jest tak piękna, że każdy posiadacz aparatu, nawet najprostszego kompaktu, jest w stanie zrobić nieziemsko piękne fotografie; poczuć się jak fotograf profesjonalista. Miałam wielkie szczęście spotkać tam Bjarniego, Islandczyka, zapalonego fotografa. Wywoływałam z nim swoje pierwsze zdjęcia, zrobione Olympusem Miu na klisze, z trzykrotnym zoomem. Bjarni miał cały zestaw starych aparatów i obiektywów, które mi pożyczał. Oszalałam na punkcie fotografii.
A czym teraz fotografujesz?
Fotografuję lustrzanką cyfrową Olympus. Stary model, pięcioletni. Czuję, że czas wymienić go na coś nowszego, tylko ciężko rozstać się z kumplem, którego przez kilka lat nosiłam zawsze przy sobie. Mogłam nie mieć grzebienia, chusteczek i innych drobiazgów powszechnie uważanych za niezbędne kobiecie, ale aparat miałam zawsze. Jest mocno zniszczony, objechał ze mną kawałek świata, był na pustyniach, lodowcach, w pontonach, na paralotni, rowerze. Wydaje się niezniszczalny i niezastąpiony (śmiech).
Zaloguj się, aby zbierać punkty za komentarze.
Gdzie jechać na wakacje? Jaka będzie pogoda? Jaką trasę wybrać? Najczęściej odpowiedzi na te...
Coraz więcej z nas ceni sobie aktywne spędzanie wolnego czasu. Podczas biegania czy jazdy na...