Autor: Joanna Sabak
Reportaż społeczny jest jedną z najtrudniejszych form dziennikarskich. Osobiste historie, pełne powagi tematy, trudno dostępne miejsca i sprawy – wszystkie te elementy wymagają od reportera wrażliwości nie tylko emocjonalnej, ale także wrażliwości sumienia. „Tak, jestem idealistką” – mówi o sobie Anna Bedyńska, fotoreporterka „Gazety Wyborczej”. Prywatnie fotografuje uciekające momenty – dziecko, męża, wakacje w Egipcie. Zawodowo działa według planu, scenariusza. Uważa, że nie jest żadną sztuką ukraść komuś szybkie zdjęcie i sprzedać je do gazety. Sztuką jest dostać moment do fotografowania z dobrej woli, w zaufaniu i życzliwości. Jej idealizm polega nie tylko na wrażliwości, trosce o drugiego człowieka, ale też na gotowości poświęcenia na rzecz reportażu czasu, uwagi i emocji. Potrafi spędzić czas w szpitalu, w ośrodku odwykowym, na sali porodowej, w domu niepełnosprawnych umysłowo rodziców. I wszędzie czuje się mile widziana.
J. S.: Twoją domeną są reportaże, które wymagają intymniejszego i bardziej refleksyjnego spojrzenia na rzeczywistość. Dotykałaś tematów porodu, narkomanii, homoseksualnej pary, uchodźców, osób niepełnosprawnych, śmiertelnie chorych. Twoje zdjęcia sprawiają wrażenie, jakbyś była częścią ich świata. Skąd ta magia?
A.B.: To zależy. Jeśli chcemy pokazać coś więcej, przenieść jakąś myśl, musimy spędzić trochę więcej czasu z naszymi bohaterami. Nie wystarczy wpaść i pstryknąć im tak zwane pocztóweczki. Dom uchodźców czy szpital to nie są miejsca, gdzie zaraz po przekroczeniu progu da się zrobić zdjęcia, które coś mówią. Nie wierzę, żeby komukolwiek w pierwszym czy drugim podejściu udało się uchwycić ten moment, tę szczególną chwilę. Trzeba poznać tych ludzi, żeby móc o nich opowiadać. A to wymaga czasu. Zresztą mam ukuty taki cytat, że im więcej wiemy, tym więcej widzimy. Żeby zrobić coś głębokiego, prawdziwego, trzeba dużo o tym wiedzieć. Czy to jest sytuacja społeczna, czy bardziej kulturowa, trzeba być przygotowanym.
Zatem wchodzisz do szpitala i mówisz od progu, że chcesz im zrobić zdjęcia?
Zawsze mówię, w jakim celu się tam pojawiam. Nie zaskakuję nikogo, nagle wyciągając aparat. Jeśli chodzi o szpital onkologiczny dla dzieci, przez kilkanaście pierwszych wizyt nawet nie brałam ze sobą sprzętu. Potem miałam ze sobą aparat, ale go nie wyciągnęłam, bo chciałam sama oswoić się z miejscem, poznać je. Nigdy wcześniej nie miałam żadnych doświadczeń szpitalnych. To była dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Chciałam też, żeby ci ludzie mieli do mnie zaufanie. Chciałam pokazać, że nie jestem tu po to, żeby robić obrazki z ich cierpienia, żeby wejść w nie z butami czy wręcz ich wykorzystać, zarobić na nich. Dla mnie pieniądze to jest przy reportażu ostatnia myśl – jeśli w ogóle się taka pojawia.
Kiedy zaczynasz fotografować?
Dopiero gdy się oswoimy, poznamy nawzajem, z miejscem, z ludźmi. Myślę, że właśnie o to chodzi: o pokazanie ludziom, że nie zależy nam na sensacji czy powierzchownych obrazkach. Że chcemy powiedzieć coś głębszego o tej historii. W przypadku szpitala było to dla mnie szczególnie trudne. Mam akurat taką wrażliwość, że historie tych dzieciaków i ich rodzin naprawdę przeżywałam. Wręcz je odchorowywałam. Miałam przez to kilkudniowe, nawet tygodniowe przerwy w pracy. Potem, oczywiście, pojawiał się problem, bo przychodziłam ponownie, a tam zupełnie nowi ludzie. Ci, z którymi się już poznałam, w pewnym stopniu zakolegowałam, odchodzili. Albo wracali do domu, albo po prostu – odchodzili.
Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...
Bóle brzucha i mdłości zwykle kojarzymy z zatruciami pokarmowymi. Jednak tych symptomów lepiej nie...
Nie są menadżerami największych korporacji, a zarabiają miliony. Mają cele do zrealizowania, ale za...