29.04.2010 00:15 Kategoria: Zwyczajne-niezwyczajne

Aleksandra Zywert: Grunt to ciekawe życie

Autor: Iza Demidów, Sandra Madej

Aleksandra Zywert to wykształcona kobieta w średnim wieku o stopniu doktora, obecnie się habilitująca. Pracuje w Instytucie Filologii Rosyjskiej na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Na pierwszy rzut oka trudno zgadnąć, jaką naprawdę jest osobą. Nam opowiada o swoich niezwykłych pasjach.


MobilneKobiety.pl - Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

MobilneKobiety.pl: Wielu ludzi porównuje życie do podróży. Trasę zaczynają narodziny, a śmierć ją kończy. Jednak w twoim życiu podróż nie jest metaforą, ale po prostu faktem. Opowiedz jak to się zaczęło.

 

A.Z.: Zaczęło się od dziadka – nauczyciela, zapalonego turysty i poligloty. To on zabierał mnie, kilkuletniego szkraba, na wycieczki po lasach. Pokazał mi, że fajnie jeść morwę prosto z drzewa (teraz już dzieciaki zwykle nawet nie wiedzą, co to jest), upaprać się w piachu. On uszanował moją decyzję, kiedy oznajmiłam, że jestem chłopcem i zostanę czołgistą jak Janek z „Czterech pancernych”, on chodził ze mną na Cytadelę, żebym mogła łazikować po czołgach. Ale umarł. Za wcześnie. Miałam niecałe 11 lat.

 

Późniejsze przygody i pasje?

Studia – norma, bez rewelacji, poza jedną. Na trzecim roku spędziłam (wraz
z całą grupą) pół roku w Rosji, wtedy jeszcze ZSRR. To była prawdziwa szkoła
przetrwania. Na studiach też zaczęłam pływać na żaglówkach.

 

A rower?

Kiedy skończyłam podstawówkę, poszedł w odstawkę. Nie sądziłam, że wróci do mnie. A wrócił, kiedy nasz syn podrósł na tyle, żeby z nami jeździć.

 

Wspominałaś o synu, a co z mężem? Czy przypadkiem nie on zaraził cię jakimś hobby?

Czy zaraził? W pewnym sensie tak. Jeśli chodzi o rower, nie musiał specjalnie. Dostałam go od niego w prezencie. Potem tylko namawiał mnie na kolejne, lepsze. Dziś jeżdżę już na czwartym z kolei.

 

Czy jest to hobby rodzinne?

Tak, jeździmy razem, czasami też w większym gronie, ale najczęściej we dwójkę. Nie lubię jeździć sama. Bardzo nas łączą te wyprawy. Oprócz tego, że mój partner jest fajnym mężem, jest też świetnym kompanem na wycieczki. Naszemu synowi nie spodobały się tak bardzo rowerowe wycieczki. Do dziś tego nie robi, ma chyba inną naturę.

 

Czy poza jazdą na rowerze spędzasz czas aktywnie?

Wędkuję.

 

Dzięki mężowi?

Mogę powiedzieć, że faktycznie mnie zaraził. Początki były śmieszne. On łowił, a ja siedziałam obok na pomoście i gadałam – łamiąc bezczelnie stereotyp wędkarza, milczącego i milczenia wymagającego, albo czytałam. Któregoś razu jednak (z czystej ciekawości) pokazując palcem, zaczęłam pytać o różne rzeczy „a to, co to jest?”, „a mogę nawlec robaka?”, „a mogę sobie rzucić?”. I tak się zaczęło. Miał do mnie anielską cierpliwość i dzielnie znosił moje kolejne nieudane próby zarzucenia wędki, nawleczenia robaka czy wyciągnięcia ryby bez wrzasku i paniki. Teraz każde z nas ma już własną wędkę, łowimy razem, a ja... wciąż gadam.

 

Jak patrzą na ciebie twoi studenci?

 

Moi studenci, jak sądzę, odbierają mnie zupełnie neutralnie. Nie organizuję żadnych wycieczek, spotkań. Nie lubię niejasnych sytuacji. W końcu muszą jednak u mnie zdać egzamin. To, co robię prywatnie, jest moją sprawą. Jeśli zejdzie przypadkowo na tematy luźne, nie ukrywam, co jest moją pasją, ale sama się nie wyrywam.

 

Czujesz się bardziej wykładowcą, panią domu, czy wiecznie niespokojnym duchem, który ciągle chce poznawać coś nowego?

Myślę, że jedno drugiego nie wyklucza. Wykładanie to moja praca, którą lubię, nie jestem panią domu, bo nie mam wszystkiego na głowie. Niespokojnym duchem się jest albo nie, niezależnie od układów życiowych. Lubię próbować, „jak to jest’ i to jest chyba klucz. Często zarzucam to szybko, tak jak konie. Spróbowałam, nie spodobało mi się. Był to epizod i koniec. Tak samo było z nurkowaniem i surfingiem. Jeden epizod. Nie daję sobie czasu na zgłębianie tematu. Albo mi się coś podoba od razu, albo nie. Nie wykluczam, że jak znowu kiedyś coś zobaczę, nie spróbuję. Zostałam przy tym, w co wsiąkłam, co mnie zafascynowało – rower i ryby.

 

Jaką masz złotą myśl, którą zawsze się kierujesz?

Carpe diem. W okolicach czterdziestki przyszła świadomość, że nie ma sensu odkładać czegoś na później, bo z różnych względów może to „później” nie nastąpić. Jeśli mam ochotę gdzieś pojechać, czegoś zasmakować, coś zrobić, komuś pomóc, to teraz, już, bo nie wiem, czy zdążę. Mam też odczucie, że moje życie powinno także służyć czemuś (choćby temu, żeby jakiś kot miał szansę wyjść na prostą). To też nie przyszło od razu, a z wiekiem. Nie powinnam żyć tylko dla siebie. To bez sensu. Wtedy życie jest puste i nudne.

 

No właśnie. W twoim życiu ważne są też koty.

Koty? To był czysty przypadek. Swojego drugiego kota przygarnęłam z forum miau.pl. Wpisałam się tam na prośbę osoby, która mi go „wyadoptowała”. Traf chciał, że dwa – trzy tygodnie później miała miejsce duża akcja ratowania eksmitowanych poznańskich kotów. Potrzebna była pomoc, więc się zgłosiłam – na dobre i na złe, i do końca. To był (jakkolwiek patetycznie to zabrzmi) ludzki odruch pomocy słabszemu. Nic wielkiego, nic popartego głęboką ideologią, nic zasługującego na szczególne uznanie.

 

Sport, nauka, aktywność. Widzisz siebie w przyszłości siedzącą w fotelu, robiącą czapeczki z włóczki dla wnucząt, czy może masz inną wizję siebie?

Może to egoizm, ale nigdzie nie jest napisane, że staruszce przypada tylko rola opiekunki i służącej. Zresztą, chyba nie ma już wielkiej presji społecznej na babinki. Widzę, że wzbudzam czasami ciekawość ze strony przypadkowych ludzi, którzy wiedzą, co robię i nagle dowiadują się, ile mam lat, ale to ostatki się chyba zmienia. Robię różne rzeczy także i teraz... na drutach. A tak serio, jeśli zdarzy się tak, że ze względu na stan fizyczny ugrzęznę w domu, znajdę sobie pasję stacjonarną. Na pewno nie zrezygnuję z własnego życia.

 

W takim razie w jaką byłabyś babcią?

Mogę piec z maluchem ciasteczka, opowiadać mu historyjki, czytać bajki, chodzić na wycieczki, zabierać w różne miejsca. Robiliśmy to z synem – piekł ze mną pierniki, godzinami czytałam mu (moje) ulubione bajki, zabierałam go w różne miejsca, co roku jeździliśmy we trójkę w jakieś znane miejsce w Polsce (Malbork, Kraków), żeby pokazać mu kraj. Dzieci potrzebują czasu, naszego czasu, chcą nas mieć i błędem (moim zdaniem) jest nie wykorzystać okazji. Kiedy dzieci są małe – garną się do nas, potem to my musimy zabiegać o ich uwagę.

 

Dziękuję za rozmowę.

MobilneKobiety.pl - Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

MobilneKobiety.pl - Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

MobilneKobiety.pl - Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

Aleksandra Zywert, fot. z arch. bohaterki artykułu

Trwa wysyłanie Twojej oceny...
Jeszcze nie ocenione. Bądź pierwszym który oceni ten wpis!
Kliknij pasek ocen aby ocenić wpis.

Komentarze

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

* - pole wymagane

*
*

Samochody kontra ludzie

Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...

Inne artykuły z tej kategorii

Galeria portalu

Biznes kopany, fot. sxc.hu

Biznes kopany

Nie są menadżerami największych korporacji, a zarabiają miliony. Mają cele do zrealizowania, ale za...

O nas | Reklama | Napisz do nas | Regulamin

Copyright © 2010 MobilneKobiety.pl