Jeśli kochamy to, co robimy, przy odrobinie pomysłowości, cierpliwości, a czasem i uporu pogodzimy ze sobą najróżniejsze zajęcia i sposoby spędzania czasu. Nawet jeśli w ogólnym przekonaniu urodzenie dziecka stawia kobietę przed wyborem: praca czy wychowanie potomka (bo o oddawaniu się przyjemnościom nawet się nie wspomina), to przecież wokół nas są przykłady aktywnych mam, które wspaniale łączą wszystkie trzy rodzaje aktywności.
Rozmawiamy z Martą Kotlarską, mamą dwuletniej Alicji, zapaloną rowerzystką, autorką projektów społecznych, m.in. Akademii Pstryk.
J.B.: Ty i rower jesteście nierozłączni…
M.K.: Kiedyś w przedszkolu zadano nam narysowanie naszej rodziny. Wszyscy rysowali stojących mamę, tatę i tak dalej, tylko ja umieściłam wszystkich na rowerze (śmiech). Rower był obecny w moim życiu od zawsze.
Kiedy sprawiłaś sobie pierwszy porządny pojazd?
Byłam w liceum, kupiłam go wtedy na raty, kosztował 1200 zł, więc całkiem sporo. Mam go zresztą do dziś. Został złożony z różnych części, całkiem dobrych, osprzęt opierał się na Shimano STX. Pamiętam, że w Warszawie były akurat strajki komunikacji i dojeżdżałam nim do szkoły – z Ursynowa do Śródmieścia.
Dzięki rowerowi poznałaś swojego męża…
Poznaliśmy się w maju 2005 roku, na Masie Krytycznej (comiesięcznej manifestacji rowerzystów, walczących o poprawę warunków jazdy; Masa Krytyczna odbywa się w większych miastach na całym świecie, w ostatni piątek miesiąca – przyp. red.). O Arturze słyszałam już wcześniej, od znajomych, którzy z nim jeździli – podczas wyprawy rozleciał mu się rower…
Ale na Masę szczęśliwie dotarł.
Tak, zostaliśmy po niej zaproszeni na imprezę, którą przetańczyliśmy do 7 rano… Choć Artur nie chciał się przyznać, podrywał mnie na całego (śmiech).
Kto wpadł na pomysł rowerowego ślubu?
Ja! Moja rodzina nie przeżyłaby tradycyjnego ślubu… Ja chyba też! A to wydało mi się z jajem.
Takiego ślubu Warszawa wcześniej nie widziała… Wymyśliliście, że do urzędu pojedziecie na rowerach, w asyście przyjaciół z grupy Nocny Rower.
Rzuciłam hasło, a ekipa dograła resztę. Pomyślałam, że fajnie będzie, jeśli wszyscy ubiorą się elegancko. Dzięki temu nasz orszak wyglądał szczególnie!
Zwłaszcza, że był bardzo długi.
To prawda, może dlatego, że w pewnym momencie bardzo przyspieszyłam – bałam się, że nie zdążymy. Nasz rowerowy wąż mocno się rozciągnął, a jeden z kolegów na końcu tak nas gonił, że w pięknym garniturze wywalił się na jezdnię…
Po ślubie przeprowadziliście się do Londynu, oczywiście z rowerami. To miasto, które traktuje rowerzystów przyjaźnie. Co najbardziej zwróciło twoją uwagę?
W Londynie rower jest mniej elitarny niż w Warszawie, wszyscy jeżdżą, nawet politycy, i jest to zupełnie normalne. Trasy są świetnie przygotowane, więc można się poruszać szybciej niż metrem. W Polsce inwestuje się w głupie ścieżki, zamiast wydzielić kontrapas na jezdni. W Londynie są one wszędzie, dzięki czemu nie boję się jeździć po ulicy z małym dzieckiem. Nikt mnie nie potrąci, a ruch jest tak regulowany światłami, że w centrum miasta samochody nie mają szans się rozpędzić.
A kradzieże rowerów?
Są niestety bardzo powszechne, sami padliśmy ofiarami złodzieja. Choć jest lepiej niż w Polsce, gdzie dziwnie na ciebie patrzą, kiedy przypinasz rower w miejscu publicznym.
W Polsce odzyskanie skradzionego sprzętu graniczy z cudem, w Wielkiej Brytanii policja robi więcej?
Przeprowadza kontrole, w dużych furgonetkach wozi sprzęt, za pomocą którego sprawdza numery rowerów. W Polsce rowerzyści to przeszkoda, zakała. W Wielkiej Brytanii cieszą się, że nie szkodzisz środowisku i naprawdę działają na korzyść tych, którzy zamienili samochód na jednoślad.
Zaloguj się, aby zbierać punkty za komentarze.
Gdzie jechać na wakacje? Jaka będzie pogoda? Jaką trasę wybrać? Najczęściej odpowiedzi na te...
Nie pamiętam, kto to powiedział, ale jest w tym trochę racji: instrument nie musi być duży. Ważne,...