Autor: Paweł Derwiński
Dossier:
Data urodzenia: 6 września 1985 r.
Miejsce urodzenia: Warszawa
Najważniejsze osiągnięcia: W 1998 roku debiutowała poetycko w „Okolicy Poetów” (miała wtedy trzynaście lat). Jej teksty od kilku lat pojawiają się w „Lampie”. W 2008 roku została główną laureatką konkursu Planet Doc Review na reportaż, a rok później zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie Uniwersytetu Gdańskiego na prozę. W 2009 roku wydała powieść pt. „Toskymia”, za którą została nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej UW.
P.D.: „Toksymia” zebrała dobre recenzje i – przynajmniej jak na debiut – wydaje się wydawniczym sukcesem. Jesteś zadowolona z odbioru książki?
M.R.: Tak, bo ani ja, ani mój wydawca nie spodziewaliśmy się, że ktoś będzie chciał tę książkę kupić. Tym bardziej, że nikt nie był w stanie nawet wymyślić hasła, dzięki któremu można by było kogokolwiek życzliwie nakłonić do kupna „Toksymii”. Raczej wydawało się, że to książka do rzucenia w płot, jakaś proza psychologiczna, w stylu międzywojennym, nawet nie pierwsza polska powieść o niczym, tylko w ogóle nie wiadomo co. Bohaterowie psychopaci, dziurawe chodniki i dużo nieszczęść. Potem wystąpiły jakieś ślady zainteresowania, potem kolejne, a potem Dunin, mój wydawca, ogłosił stan prosperity. Tymczasowo, oczywiście.
Podejrzewam, że przez ostatnie miesiące twoje życie kręciło się wokół promocji „Toksymii”. Przeprowadziłaś pewnie niezliczoną ilość dyskusji na temat książki i jej bohaterów. Czy wpłynęło to na twój sposób postrzegania tej historii? Czy odkryłaś w „Toksymii” coś, czego istnienia nie byłaś świadoma?
Jeśli już, to były to raczej drobiazgi, wynikające z interpretacji książki. Ktoś napisał, że w „Toksymii” tramwajarze jeżdżą od jednej pętli tramwajowej do drugiej, i te pętle są jak sznur wisielczy, jak fatum, które wisi nad bohaterami. To mi akurat nie przyszło do głowy, ale cieszę się, że książka zyskuje znaczenia, funkcjonuje w cytatach, że ludzie sobie dosztukowują ręce i nogi do tego korpusiku, który wymyśliłam.
„Toksymia” to galeria osobliwości – każda z postaci jest bardzo mocno zarysowana, a nawet przerysowana. Zastanawiam się, czy twoi bohaterowie mają swoje rzeczywiste pierwowzory.
Pewne sytuacje wzięłam z rzeczywistości, niektórzy bohaterowie są inspirowani osobami, które znam, ale życie z reguły okazuje się dużo bardziej przewrotne i dosadne niż literatura, która ma ambicje naśladować rzeczywistość. Wiele historii wziętych do „Toksymii” musiałam poskromić i urealnić, bo czytelnik mógłby pomyśleć, że nie znam umiaru. Na przykład pierwowzorem staruszki Lucyny, mającej łączność z Jezusem, była bardzo energiczna pani, której udało się założyć małą, ale efektywną sektę, i nawet jak na „Toksymię” to już było za dużo. Kilka razy musiałam więc ocenzurować anegdoty, bo nikt by mi nie uwierzył. Dla mnie to rzeczywistość jest przerysowana, porysowana, na moich oczach pęka nieustannie. Ludzie mówią i robią rzeczy kuriozalne i nieracjonalne, produkują chaos, a potem, jak gdyby nigdy nic, nazywają go normalnością.
Książka była pisana w dużym pośpiechu – miałaś dwa miesiące na stworzenie kompletnej powieści. Czy dziś nie masz poczucia, że niektóre z wątków chciałabyś rozwinąć, a postaciom dać nieco więcej przestrzeni?
Nie, w tym momencie wydaje mi się, że „Toksymia” jest książką zamkniętą i broni się jako całość. Rzeczywiście pisałam ją w szaleńczym tempie, ale wytworzone napięcie sprawiło, że myślałam jasno, a jeśli jakieś zdanie budziło moją nieufność, to je wyrzucałam. Wizja świata w Toksymii” jest spójna, ale to nie znaczy, że moja druga książka będzie do niej podobna. To byłaby klęska, gdybym tą samą ścieżką doszła do tego samego miejsca.
Zaloguj się, aby zbierać punkty za komentarze.
Gdzie jechać na wakacje? Jaka będzie pogoda? Jaką trasę wybrać? Najczęściej odpowiedzi na te...
Nie pamiętam, kto to powiedział, ale jest w tym trochę racji: instrument nie musi być duży. Ważne,...