Dossier:
Data urodzenia: 24 stycznia 1971 r.
Miejsce urodzenia: Pabianice
Najważniejsze dotychczasowe osiągnięcia kolarskie: 25 razy zdobyła mistrzostwo Polski w kolarstwie szosowym; w 2004 roku wzięła udział w olimpiadzie w Atenach
Prywatnie: mama osiemnastoletniej Kasi
Bogumiła Matusiak: Ostatnie miesiące to dla mnie bardzo trudny okres. Na jednym z wyścigów zmarł mój wieloletni trener i wielki przyjaciel, Marek Wojna. To on był twórcą moich największych sukcesów sportowych i oparciem w trudnych chwilach. Po jego odejściu muszę godzić obowiązki matki, zawodniczki i trenerki. Strata spowodowana jego odejściem jest nieodżałowana. Brak mi slow żeby opisać ten stan. Startuję nadal, niemniej jednak uprawianie kolarstwa wiąże się dla mnie z nieporównywalnie intensywniejszym wysiłkiem, głównie psychicznym i logistycznym. Uświadamiam sobie stale, jak niebagatelną rolę w moim życiu odegrał Marek. Nawet przygotowanie techniczne rowerów, nie mówiąc o odpowiednim treningu, stały się ogromnym wyzwaniem.
Początki
Gdy po raz pierwszy wsiadłam na rower, miałam 6 lat. Rodzicom trudno było nauczyć mnie jeździć, nie udawało się to również moim braciom. Podołał temu dopiero mój wujek. Kolarstwo pokochałam od razu. Bardzo chciałam mieć rower, ale moich rodziców nie było na niego stać. Miałam 14 lat, kiedy rozpoczęłam pierwsze treningi. Właśnie wtedy poczułam wiatr we włosach.
Ścigałam się z chłopakami – w różnych kategoriach wiekowych. Służyło to podnoszeniu mojego poziomu sportowego. Nieźle mi to wychodziło. Nie miałam z nimi problemu (śmiech). Moje rowery? Było ich sporo. Wymienię moje ulubione: Romet, Olmo, Vitus, Battaglin, Merida, Orbea, Lapierre.
Rower to dla mnie tysiące kilometrów na treningach i wyścigach. Mnóstwo wspomnień i poznanych ludzi. Stał się moim sposobem na życie. Jazda na rowerze to doskonały sposób na spędzenie wolnego czasu i utrzymanie formy. Jednak z kolarstwa trudno wyżyć, dlatego należy dobrze zastanowić się nad podporządkowaniem mu całego życia.
Trener
Kiedy po raz pierwszy spotkałam Marka Wojnę, zadał mi osobliwe pytanie: „Ile ważysz i czy na poważnie traktujesz kolarstwo?”. Oczywiście poczułam się ogromnie urażona. Dopiero z czasem uświadomiłam sobie, jak ważna jest waga ciała w kolarstwie, zwłaszcza podczas górskich etapów na Tour de France – parametry wytrzymałościowe i wydolnościowe znacznie wzrastają, gdy waga zawodnika jest mniejsza.
To dzięki Markowi zaczęłam wyjeżdżać i startować za granicą. Zdawał sobie sprawę, iż jest to droga do podniesienia mojego poziomu sportowego. Dzięki dobrym występom dostawałam propozycje z innych grup zagranicznych, by startować w ich składach. Jako „Słowaczka” wygrałam etap na Emakumen Biria w Hiszpanii, etap Tour de France wygrałam, jadąc w ekipie szwajcarskiej (1999 r.). Byłam w składach grup: holenderskiej, włoskiej, węgierskiej.
Marek był człowiekiem mówiącym szczerze to, co myślał – niestety nie zawsze było to pozytywnie odbierane. Na ogół bywał chłodny w relacjach z nieznajomymi, ale z przyjaciółmi czuł się jak ryba w wodzie. Ujął mnie swoistym poczuciem humoru. Jego opowieści, mimika, gesty sprawiały, że śmialiśmy się do łez! Imponowała mi jego wiedza kolarska, umiejętności techniczne. Jak mało kto znał się na specjalistycznym sprzęcie kolarskim. Nazywano go „złotą rączką”. Kolarstwo traktował z ogromną pasją i zaangażowaniem.
Przykładał wielka wagę do detali, mawiał też często, że tylko spokój, precyzja i konsekwencja prowadzą do mistrzostwa. Bywało, iż stresował się bardziej niż ja sama! Porażkę brał zawsze na siebie. Godzinami analizował treningi, przygotowania, starty, wszystko też skrzętnie notował. Skończył fizjoterapię, by wzbogacić swoja wiedzę.
Zaloguj się, aby zbierać punkty za komentarze.
Gdzie jechać na wakacje? Jaka będzie pogoda? Jaką trasę wybrać? Najczęściej odpowiedzi na te...
Coraz więcej z nas ceni sobie aktywne spędzanie wolnego czasu. Podczas biegania czy jazdy na...