Wiele jest meandrów znaczeniowych jednego słowa, które czai się w licznych niedoinwestowanych umysłach. SŁAWA. Dla niej niektórzy są w stanie wyprzeć się dotychczasowych marzeń, przekreślić dotychczasowe życie i własne plany, sprzedać wszystko, nawet uczucia, rodzinę i przyjaciół, zapomnieć o godności i prawie do prywatności. Bo sława, moi drodzy, to droga na skróty do marzeń, spacer w siedmiomilowych butach do kariery i samospełniające się życzenie.
Gra o „zielone”
„To, do czego dążę, to sława i pieniądze, chcę mieć tak, jak książę posiadłość i pałac, własną podobiznę w skałach tak, jak prezydenci w Stanach, w złotej klatce tresowanego jaguara, spędzać życie na muzyce i niekończących balach” – słyszymy w jednej z popularnych piosenek. Sława staje się celem, bez względu na wyboistość drogi poprzeplatanej wielkimi koleinami niekorzystnych kompromisów i fałszywych wyborów.
Sławie zazwyczaj towarzyszą pieniądze. Te dwa słowa doskonale pasują do siebie i idealnie pustoszą umysły „biednych” ludzi. W momencie, kiedy zwiększa się ilość banknotów (lub ilość zer na koncie), a najlepiej, aby to były wartości kilku rzędów, ludzie również zmieniają się nie do poznania. Taki „nowobogacz”, otaczający się luksusem, bywający „na salonach”, odurzony zapachem pieniędzy, zaczyna sądzić, że jest ulepiony z lepszej gliny. Zapomina
o szacunku, miłości, a nawet o podstawowych zasadach dobrego wychowania. Niektórzy nawet nie próbują ukrywać, że pieniądze ich zmieniły – najczęściej popadają w uzależnienia narkotykowe lub alkoholowe tłumacząc, że nie wytrzymują presji popularności, że muszą sobie „pomóc”. Nie dla wszystkich ta szeleszcząca banknotami bajka kończy się happy endem.
Niemalże każda nowa osoba w show-biznesie powiela historię swoich poprzedników i kurczowo trzyma się „trasy” przez nich wytyczonej. Najpierw wielkie słowa, potem sława i pieniądze, niekończąca się zabawa. Później rozpacz, ból, cierpienie, czasem śmierć. Kiedy nadchodzi starość – wielka przemiana i zwrot, zazwyczaj ku Bogu. Jednak, czy ta ostatnia przemiana w pewnym etapie życia to nie kolejne „oczko” puszczone w stronę komercji? Ci „wielcy” ludzie pragną zawsze być na świeczniku – skoro nie mogą już bulwersować (bo już nie robi to wrażenia), przebierają się w szaty „znajomego z sąsiedztwa”, zwyczajnego, szarego człowieka, everymena.
„Pieniądze szczęścia nie dają, ale ty to sprawdź” – mówi porzekadło. O pieniądzach można prawić bez końca, przytaczać mnóstwo przykładów. Do tego tematu ciągle się nawiązuje, każdy dopowiada coś swojego i tak piszemy nasz wspólny referat o znaczeniu tych papierków i kawałków metalu w naszym życiu. Wróćmy jednak do problemu sławy.
Nieopierzone marzenia
Młodzi ludzie, zbliżający się wielkimi krokami ku dorosłości, często mówią: „Ależ to okrutnie dobrze musi być, jak tak wszyscy poznają cię na ulicy i człowiek sobie pływa w próżności niczym pączek w maśle...”. Marzy im się własne (czytaj cudze) życie przez kalkę, bo ich jest nudne, ograniczone kratami szarości i beznamiętnego trwania. Tęsknią za matriksem nowego, lepszego świata, do którego przepustką jest zrzucenie munduru anonimowości. Ten zabieg odsysania banalności najlepiej konstruuje telewizja.
Dzisiaj stosunkowo łatwo stać się osobą powszechnie znaną. Niektórzy mają talent, powołanie, swoje stałe miejsce w świecie, a tu nagle bęc! - sąsiadka nagle pokazała się w programie „Bar” i cała miejscowość czapkuje jej jak Madonnie. Telewizja rozpowszechniła wirusa sławy w pigułce. Zgłoś się, bracie, złóż daninę z sms-a, a my pomożemy ci dojść na szczyt, sprawimy, że będą cię uwielbiały tłumy i nie opędzisz się od fanów.
Polskę opanowała dosyć zakaźna choroba medialnej kariery. Szare szeregi powiatowych herosów stają do rywalizacji o palmę zauważalności. Aby chociaż przez minutę pokazać światu, że Włodek z Goleniowa to niezły killer, a Jagódka z Przasnysza robi za jednoosobowy „Słoneczny patrol”. „Zwykli” ludzie garną się do udziału w telewizyjnych programach, w których kamery rejestrują każdy ich krok, słowo czy gest. Co kieruje tymi ludźmi? Odwaga, ciekawość czy ekshibicjonizm? Rezygnują oni przecież z prawa do prywatności za cenę popularności. Chcą rozdawać autografy i widzieć swoje nazwiska na pierwszych stronach gazet. Nieważne, że to sztukowanie losu, proteza sukcesu i taniec na cienkiej granicy medialnego samookaleczenia.
Ograbieni z prywatności
Programy o ludziach zwykłych, przeciętnych, czyli popularne w ostatnich czasach reality-show stały się syropem na kaszel wywołany nudnym życiem. Trzeba przyznać, że mają one także swoje dobre strony. Udowadniają, że w każdym z nas drzemie coś ciekawego, zastanawiającego, że szara codzienność może stać się wspaniała dzięki kontaktom z innymi ludźmi. Czy nie dojdziemy jednak do punktu, w którym nikt już nas nie zapyta, czy chcemy pojawiać się na ekranie lub w gazecie? Czy nie znajdzie się ktoś, kto wykorzystując najnowsze zdobycze techniki, zechce zabrać nam naszą prywatność? Szaleńcy, politycy, dziennikarze, hakerzy komputerowi... – w zinformatyzowanym społeczeństwie jest coraz więcej możliwości przechwycenia ważnych informacji osobistych przez osoby nieupoważnione. Czy wiek XXI oznacza koniec prywatności?
Nie mam nic przeciwko reality-show. To są jakby zreformowane seriale, w których kiedyś zobaczyć możemy własnego kuzyna lub sąsiada. Tu nie chodzi o samą fabułę programu, tu chodzi o ludzi, którzy się do niego zgłaszają. Ludzi, którzy są w stanie wszystko zrobić, wszystkiego się podjąć, byle tylko ktoś potem na ulicy krzyknął „Patrz, to ta z telewizji!”. Wtedy będą zadowoleni, uznają, że udało im się wreszcie coś osiągnąć. A sława, kochani, trwa krótko, przemija jak uroda. Na miejsce jednego pojawia się nowe reality i telewidzowie niedługo zapomną o tym poprzednim, o jego uczestnikach. I co wtedy?
Chcesz zaistnieć w telewizji? Dobrze, ale przygotuj się na wiele ciężkich prób i wyzwań. Możesz być już o krok od celu, a los spłata ci figla i spadniesz w miejsce, z którego ruszyłeś jakiś czas temu, albo nawet jeszcze niżej. Czy podejmiesz jeszcze raz wspinaczkę po drabinie kariery? Czy będziesz walczyć dalej, mimo przeciwności? Cóż, Ty wybierasz, Ty decydujesz. Niech tylko Twoja walka nie opiera się jedynie na wierze, że pobyt w mediach zakończy Twe doczesne bytowanie i rozpocznie życiowe Beverly Hills oraz wspólne granie w golfa z braćmi Pazurami. Rzeczywistość potrafi być okrutna. W jednej chwili możesz stracić wszystko, na co tak długo i wytrwale pracowałeś. A gdy już będziesz na szczycie, nie pozwól, by zawładnęła Tobą gorączka zysku, nie daj pozbawić się prywatności, niech chociaż jedna jej sfera pozostanie tylko i wyłącznie Twoją własnością. Nierealne? Przekonaj się o tym. Sam dla siebie bądź inspiracją i wektorem. Nie szukaj suflera w cudzej biografii, bo możesz się szybko sparzyć i z dobrze obsadzonej głównej roli we własnym życiu spadniesz do podrzędnego sitcomu.
Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...
Bóle brzucha i mdłości zwykle kojarzymy z zatruciami pokarmowymi. Jednak tych symptomów lepiej nie...
Nie są menadżerami największych korporacji, a zarabiają miliony. Mają cele do zrealizowania, ale za...