Autor: Dominika Wołosewicz
Działalność gospodarczą otworzyłam w 2006 roku, dziewięć miesięcy po tym, jak zostałam zwolniona z pracy dosłownie z dnia na dzień. Bardzo mocno to przeżyłam. Niestety, jest to częsta praktyka dużych firm. Przez jakiś czas nie mogłam się pozbierać i zmobilizować do działania. Dzięki terapii z psychologiem znów uwierzyłam w swoje możliwości.
W międzyczasie zaczęłam się dokształcać. Ukończyłam kurs z zakresu kadrowości, finansowany ze środków unijnych, na który skierował mnie Powiatowy Urząd Pracy. Kilka lat wcześniej ukończyłam kurs podstaw księgowości. Merytorycznie byłam przygotowana do rozpoczęcia działalności gospodarczej. Pomysł na biznes dojrzewał we mnie kilka miesięcy. Problem stanowiły pieniądze na start. Tu również z pomocą przyszedł mi Urząd Pracy, przyznając mi jednorazowo środki na rozpoczęcie działalności.
Biurokracja, biurokracja
Łatwo nie było. Urząd dysponował ograniczonymi kwotami, więc często wygrywała zasada kto pierwszy, ten lepszy. Pilnowałam terminów, jak się tylko dało. Wreszcie nadeszła upragniona informacja – rusza proces zbierania wniosków. Biznesplan pisałam dosłownie na kolanie, w już zamkniętym urzędzie. Muszę przyznać, że obsługa urzędnicza wykazała wysoki poziom. Przemiłe panie czekały, aż skończę, i doradzały, co mogę jeszcze poprawić.
Po dwóch miesiącach decyzja – wniosek rozpatrzony pozytywnie. Zaczął się wyścig z czasem, ponieważ zanim środki zostaną uruchomione, należało już otworzyć firmę, ale z przyszła datą „startu”. To był okres przedświąteczny, więc duża gorączka. W ciągu dwóch dni złożyłam wszystkie wymagane dokumenty, ubłagałam panią w Urzędzie Miasta o jak najszybsze zarejestrowanie mojej firmy – dokumenty mogłam odebrać już następnego dnia. Regon załatwiłam w przeciągu dwóch godzin, a w Urzędzie Skarbowym formalności zajęły mi kilkanaście minut. W ZUS-ie też nie było kłopotów. Mimo wszystko, ta biurokratyczna bieganina i wypełnianie stosów dokumentów psychicznie mnie wyczerpały. Jeszcze tylko pieczątka i konto w banku. I już.
Z całym plikiem dokumentów pobiegłam do Urzędu Pracy. Środki znalazły się na moim koncie dzień przed wigilią. Miałam dwa tygodnie na wydanie tych pieniędzy, zanim firma ruszy. Wszystkie zakupy musiały być fakturowane (na osobę prywatną), tak abym mogła udokumentować wszelkie wydatki. Gdybym nie zdążyła, musiałabym zwrócić pieniądze.
Potrzebowałam dwóch komputerów, oprogramowania, sprzętu biurowego, mebli i różnych dodatkowych materiałów. Planowałam uruchomić firmę zajmującą się aranżacją wnętrz. Meble, wiadomo, trzeba poczekać, aż zostaną wykonane. Komputery musiały być spersonalizowane pod moje potrzeby. Na szczęście, gdy przyszło rozliczać się z urzędem, miałam podpisane umowy z podanym terminem realizacji zamówienia i zapłacone zaliczki. Całkowite rozliczenie środków zajęło mi dobre pół roku. Co jakiś czas byłam wzywana do urzędu celem złożenia wyjaśnień, dlaczego kupiłam dany sprzęt, a nie inny? Wynikało to głównie z naprędce pisanego biznesplanu. Tylu podań z prośbą o zaliczenie w koszty kolejnych rzeczy nie napisałam chyba nigdy.
Miłe złego początki…
Teraz należało tylko trochę się rozreklamować i szukać zleceń. Wiele pomogli mi znajomi i przyjaciele, rekomendując mnie. Jednak znalezienie klientów nie było łatwe. Pierwsze zlecenie dostałam od znajomych, więc zarobiona kwota była stosunkowo niewielka. Później kilkumiesięczna praca przy planowaniu pomieszczeń rekreacyjnych dla jednego z łódzkich hoteli. To jednak wciąż było mało. Postanowiłam dodać do projektowania również pełną realizację planów.
W branży budowlanej nieodmiennie królują mężczyźni. Zastanawiałam się, dlaczego. Panowie często omawiają swoje interesy przy kieliszku czegoś mocniejszego. Poznają się w ten sposób i zazwyczaj udaje im się dogadać, podpisać umowy itd. Nam, kobietom, to nie uchodzi. Co nie znaczy, że nie znam kobiet świetnie radzących sobie w męskim świecie biznesu. Są doskonale zorganizowane i trzy razy bardziej stanowcze od panów.
Kolejnym pomysłem było prowadzenie sklepu spożywczo-przemysłowego w ramach ajencji. Wytrzymałam rok. Praca po 15 godzin na dobę, 7 dni w tygodniu plus święta. Lokalizacja fatalna. Do tego kradzieże. Moi pracownicy zarabiali więcej ode mnie – po podliczeniu wszelkich zysków, opłaceniu kosztów, zostawało mi w ręku ok. 700 zł. Całkowicie nieadekwatne do włożonej pracy. Końcowe rozliczenie z firmą, od której miałam sklep w ajencji, też nadszarpnęło moją kieszeń.
Wesołe życie pracodawcy
Miesiąc po zamknięciu sklepu przejęłam salon fryzjersko-kosmetyczny. Również tu początki nie były łatwe. Fryzjerka, która podnajmowała lokal od poprzedniego właściciela salonu, rzucała mi kłody pod nogi. Doszło do tego, że nasze pierwsze klientki miały spłukiwaną głowę pod natryskiem w gabinecie kosmetycznym. Ponieważ jednak przejęłam salon wraz z częścią pracowników, których panie znały i lubiły, pogodnie i cierpliwie znosiły te niedogodności.
Wreszcie salon zaczął działać pełną parą. Pierwsze zyski szły na dalsze inwestycje. Myślałam, że już wszystko będzie dobrze. Wtedy zaczęły się kłopoty z pracownikami. Interpersonalne rozgrywki. Zazwyczaj, poza umową o pracę, fryzjer ma wyznaczony procent od każdego zabiegu. Moje dwie urocze fryzjerki zaczęły między sobą niezdrową rywalizację wraz z podbieraniem sobie klientów. Atmosfera stawała się coraz gorsza. Nie pomagały żadne rozmowy i perswazje. Jedna z dziewcząt odeszła z pracy, nasyłając mi na głowę Państwową Inspekcję Pracy. Urzędnicy nie dopatrzyli się jednak żadnych nieścisłości.
Jeszcze ciekawiej miałam z zatrudnioną kosmetyczką, która po przepracowaniu niespełna dwóch miesięcy udała się na zwolnienie lekarskie trwające… siedem miesięcy. Mogłam ją w tym czasie zwolnić, powołując się na odpowiednie zapisy w kodeksie pracy. Wtedy jednak nie chciałam tego robić, licząc, że wróci do pracy. Cóż, kto ma miękki kark, ten musi mieć twardą… inną część ciała. Kiedy w końcu rozwiązałyśmy umowę, na karku miałam już nie tylko Inspekcję Pracy, ale i Sanepid.
Zostałam z jedną fryzjerką, bowiem bardzo trudno było znaleźć kogoś do pracy, chociaż warunki zapewniałam dobre. Miałam też niedziałający salon kosmetyczny i jedyną rzecz, która jeszcze jakoś na siebie pracowała – solarium. Klienci powoli się wykruszali, głównie ze względu na kolejki do fryzjera. Gwoździem do trumny okazało się podniesienie czynszu oraz wysokie koszty zużycia energii elektrycznej. Plajta.
…a koniec optymistyczny
Moją niewesołą sytuację uratowało to, że kiedy zaczęły się pierwsze kłopoty, szukałam innych źródeł dochodu. Udało mi się podpisać intratną umowę z dużym koncernem międzynarodowym na organizowanie dla nich sportowych imprez masowych. To był strzał w dziesiątkę. Niestety, następny rok przyniósł zmiany w zarządzie i pomimo bardzo dobrych referencji, przetarg wygrała tańsza firma. Pocieszała mnie myśl, że była gorsza od mojej ekipy i kilku sponsorów wycofało się z przedsięwzięcia.
Teraz prowadzę działalność na bardzo okrojoną skalę, w branży, którą dobrze znam. Nie zatrudniam już pracowników, chyba że na wykonanie konkretnej pracy. Robię to, co lubię. Już wiem, że nie nadaję się do wielkich interesów. Nie mam smykałki do handlu i odpowiedniego podejścia do ludzi, nie umiem zarządzać personelem. Mam duszę artysty i wolnego ptaka. Nadal zajmuję się projektowaniem wnętrz. Mam zespół muzyczny, z którym zarabiamy, grając w różnych klubach i pubach. Pracujemy teraz nad materiałem na naszą pierwszą płytę. Nadal zajmuję się organizacją różnorodnych imprez, tyle że na mniejszą skalę. Do tego piszę i maluję. Kilka lat zajęło mi zrozumienie, że aby coś robić dobrze, należy nie tylko się na tym dobrze znać. Trzeba to kochać. Czuć prawdziwą pasję. Wreszcie żyję swoim życiem i osiągam satysfakcję z tego, co robię. Stałam się zwolennikiem starego przysłowia „Rób to, co lubisz, a pieniądze i satysfakcja przyjdą same”.
Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...
Bóle brzucha i mdłości zwykle kojarzymy z zatruciami pokarmowymi. Jednak tych symptomów lepiej nie...
Nie są menadżerami największych korporacji, a zarabiają miliony. Mają cele do zrealizowania, ale za...