22.04.2010 22:31 Kategoria: Miejsca, Przygody

Na wariackich papierach

Autor: Dominika Zaporska

Podróże, podróże, podróże… Która z nas nie lubi wyrwać się szarej codzienności i gdzieś wyjechać. Pamiętacie, ile nerwów tracimy na pakowanie? Z jaką dokładnością staramy się wszystko zaplanować? Ile stresu spada na nas jak grom z jasnego nieba, gdy coś idzie nie tak. Nie łatwiej byłoby „wsiąść do pociągu byle jakiego…”?


MobilneKobiety.pl - Samolotem nad płaskowyżem Nazca, Peru, fot. K. Chlebowska

Samolotem nad płaskowyżem Nazca, Peru, fot. K. Chlebowska

Nie do każdej wyprawy musimy zaczynać przygotowywać się tydzień wcześniej. O tym, że warto czasem zaryzykować i polecieć gdzieś bez większych przygotowań przekonuje w rozmowie Karolina Chlebowska.

 

Ulubione danie: kotlet mielony z buraczkami

Ulubione słowa: bomberos - strażacy, trenutek - moment

 

D.Z.: Skąd zainteresowanie podróżami?

K.Ch.: Wydaje mi się, że to kwestia wychowania. Moja mama jest bardzo aktywną osobą i od małego kształciła we mnie ciekawość świata.

 

W jakim wieku odbyłaś pierwszą podróż?

Co roku wyjeżdżałam na jakieś obozy, kolonie. Pierwszą taką „świadomą” podróż odbyłam na początku studiów. Wyjeżdżałam wtedy ze znajomymi do Słowenii, Chorwacji i Włoch. Były to wyjazdy wspinaczkowe. Na jednym z takich wyjazdów zwichnęłam sobie kręgosłup i tak, niestety, zakończyła się moja wspinaczkowa przygoda. Prawie nie chodziłam, na szczęście dzięki rehabilitacji powróciłam do zdrowia.

 

Który z tych krajów najbardziej ci się podobał?

Słowenia. Jadąc tam, nic nie wiedziałam o tym kraju. Zatrzymaliśmy się w Piranie i pierwszego dnia nad brzegiem morza napisałam mamie kartkę, że będę tu kiedyś mieszkać. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

 

Wróciłaś tam jeszcze?

Rok później wyjechałam na kurs słoweńskiego do Ljubljany. Spędziłam tam miesiąc, ale na tym się nie skończyło. W następnym roku postanowiłam wrócić do Słowenii na studia. Studiowałam w tym kraju przez pół roku i to było najlepsze pół roku mojego życia. Ze Słowenii wróciłam pod koniec czerwca. Poszłam na uczelnię pozałatwiać jakieś papierkowe sprawy i zobaczyłam, że są jeszcze wolne miejsca na wyjazdy z programu Leonardo da Vinci.

 

Na czym polega ten program? Polega on na znalezieniu sobie stażu poza granicami Polski. W ramach tego programu dostajesz środki finansowe na utrzymanie się na wyjeździe.

 

I gdzie trafiłaś?

Wolne miejsca zostały jeszcze w Wielkiej Brytanii i we Francji. Wybrałam Wielką Brytanię. Staż miał trwać trzy miesiące, a ja chciałam w październiku wrócić na studia. Nie było czasu na zastanawianie się i szukanie jakichkolwiek możliwości zatrudnienia, nie ruszając się z Polski. Cztery dni po powrocie ze Słowenii siedziałam na dworcu w autokarze do Londynu. Z jedną parą spodni, jedną parą majtek i 30 kopiami CV, wydrukowanymi na szybko.

 

Udało się?

Z londyńskiego dworca weszłam do pierwszej lepszej firmy i zapytałam, czy nie potrzebują stażystów. Z walizką w ręku i obcym akcentem wzbudziłam niemałe zainteresowanie. Rozmawiałam z różnymi osobami przez trzy godziny. W końcu zostałam w tej firmie na dłużej (śmiech). Ponieważ szef tej firmy miał dwa mieszkania, jedno mi wynajął. On i jego dziewczyna bardzo pomogli mi zaklimatyzować się w nowym miejscu. W wolnym od pracy czasie postanowiłam zarobić trochę pieniędzy, aby móc wyjechać do Chin. Uczyłam jeździć ludzi na rowerze, strzygłam żywopłoty. Z tym ostatnim miałam do czynienia pierwszy raz w życiu, więc można sobie wyobrazić, jak krzewy wyglądały po moich postrzyżynach (śmiech). Do Chin jednak nie pojechałam.

 

Dlaczego?

W między czasie wyjechałam do Francji na pięciodniowy trening kulturowy. Niestety na tym wyjeździe zachorowałam i do domu wróciłam zła i zmęczona. Jedni, jak mają zły dzień, kupują ciuchy. Ja relaksuję się, oglądając promocje linii lotniczych (śmiech). Nigdy nie myślałam o odwiedzeniu Ameryki Południowej, ale znalazłam tanie połączenie do Limy (2 600 zł w obie strony). Cóż... Chiny mogą zaczekać, lecę do Peru.

 

Podróż odbyła się bez problemu?

Bilet z Madrytu do Limy załatwiłam przez biuro podróży znajdujące się we Wrocławiu. Wszystko telefonicznie i mailowo. Bilet do mnie nie dotarł. Zadzwoniłam do Wrocławia i umówiłam się na odbiór biletu na lotnisku w Madrycie. Jak można się spodziewać, żaden bilet na mnie nie czekał. Wszyscy zaczęli do siebie dzwonić. Madryt do Wrocławia. Wrocław do Frankfurtu. Frankfurt do Madrytu, a biletu jak nie było, tak nie ma. Trudno, pomyślałam, nie dam sobie popsuć wakacji. Spędzę miesiąc w Hiszpanii, a w domu postaram się o zwrot pieniędzy. Niespodziewanie jednak 5 minut przed odlotem otrzymałam upragniony kawałek papieru.

 

Kwestia bezpieczeństwa… Nie boisz się sama podróżować?

Trochę się boję. Jednak uważam, że ludzie z natury są dobrzy. I jeśli ty będziesz dla nich miła, oni odpłacą ci tym samym. Znajomi mi mówili, że to nierozsądne. „Jesteś blondynką, nie znasz hiszpańskiego, jak ty sama sobie poradzisz?”. Jak widać, nic mi się nie stało.

 

Dlaczego wolisz samotne podróże?

Jak się wyjeżdża z kimś, trudniej wtopić się w obcą kulturę. Gdy wyjeżdżasz sama, jesteś zdana tylko na siebie i masz okazje sprawdzić się w zupełnie nowej sytuacji. Według mnie nie poznasz kraju, dopóki nie porozmawiasz z ludźmi w kafejce, na ulicy, nie zaczepisz pana strażaka, taksówkarza.

 

Pakujesz się czasem w niebezpieczne miejsca?

Pierwszego dnia w Limie spałam w takiej slumsowej dzielnicy. W hostelu, w którym nie było żadnych białych, żadnych turystów. Przychodziły tam pary i wynajmowały pokój na godzinę w wiadomych celach. Następnego dnia rano wyszłam na spacer z aparatem powieszonym na szyi. Pan, który prowadził maleńki sklepik jedynie z papierem toaletowym i kawą, dogonił mnie podczas spaceru. Ponieważ nie umiem hiszpańskiego, nic nie rozumiałam. Wykonał więc charakterystyczny gest dla kultury południowoamerykańskiej. Palcami pokazał na oczy, a potem na aparat. Oznacza to uważaj. Kalamburem wytłumaczył mi, że przyjdą gangsterzy, zabiją mnie i zabiorą aparat. Potem posadził mnie przed swoim sklepikiem, żebym mogła robić notatki i zdjęcia. Po skończonej pracy odprowadził mnie do hotelu. Innym razem jakiś człowiek też odprowadzał mnie do hotelu po tym, jak zauważył, że pobrałam pieniądze z bankomatu.

 

Musisz mieć ogromne zaufanie do ludzi…

Wydaje mi się, że kobiety mają łatwość rozpoznawania emocji. Łatwiej nam wyczuć złe zamiary u innego człowieka.

 

Jeśli wolisz podróżować sama, czemu w takim razie Kubę odwiedziłaś z wycieczką?

Kuba jest bardzo droga dla turystów. Tuż przed wylotem znalazłam grupkę 4–5 osób z różnych krajów, którzy na Kubę wybierali się z przewodnikiem. Był on tylko po to, żeby opowiedzieć o historii. Cała grupa miała zorganizowane jedynie wspólne przejazdy i miejsca do spania w różnych miastach. I to wszystko. Dzięki temu, że jedziesz z kilkoma osobami, a nie sama, obniżają się koszty podróży, a to, co robisz na miejscu, to już twoja sprawa.

 

Niezatarte wspomnienie z Kuby?

Hawana. Jest to jedna wielka ruina. Wprawdzie teraz starają się ją odrestaurować, żeby miasto nie umarło. Jednak widok niesamowity. Ci ludzie naprawdę niewiele mają, ale tam ciągle gra muzyka. Idziesz ulicą, a z budynków słychać dźwięki albo salsy, albo reggaetonu. Ale jakbym miała wracać to do Baracoa. Tam naprawdę czuć Starego Człowieka i Morze.

 

Co najbardziej rzuca się w oczy?

Oni wszędzie tańczą – na ulicach, w kolejkach, w parkach. Śpiewają i podrygują. Niesamowite jest, jak oni się ruszają. Ile mają gracji i wdzięku. Zresztą kubański balet jest jednym z najlepszych na świecie. Pamiętam takiego małego dzieciaczka na lotnisku. Z telewizora leciała jakaś muzyka, a on wstał i zaczął tańczyć. Ledwo za kolana mi sięgał.

 

Jak wspominasz kuchnię na Kubie?

Pod względem smakowym jest mało atrakcyjna. Stosują mało przypraw. Zazwyczaj jadłam ryż z fasolą i podejrzanie wyglądającym kawałkiem wieprzowiny (śmiech). W menu trzy dania na krzyż. Jedzenie dostajesz na plastikowym wyświechtanym talerzu, który potem musisz zwrócić. Jeszcze musisz znaleźć sobie miejsce na posiłek. Najczęściej jadłam, siedząc na krawężniku. Spróbowałam też langusty. Była ogromna, ale pyszna. Nie dałam rady zjeść całej.

 

W artykule opisującym podróż do Peru pisałaś: „Na obiad zamówisz ceviche mixte, surowe kawałki ryby i owoców morza marynowane sokiem z limonki, przyozdobione wielkimi, żółtymi ziarnami kukurydzy i plastrami słodkich batatów. Danie-afrodyzjak, dla niektórych jest mistrzostwem świata, dla innych glutami niemożliwymi do przełknięcia”. Czym jest ono dla ciebie?

Lubię sushi i lubię owoce morza. Ale w tej potrawie kawałki surowej ryby były zbyt duże i było ich za dużo. Ciężko przechodziły mi przez gardło.

 

Jak wspominasz inne dania, które miałaś okazje jeść w Peru?

Narodowym daniem Peruwiańczyków jest świnka morska. Spróbowałam, ale tylko kawałeczek. Nie mogłam się przemóc, ponieważ dla mnie to jest domowe zwierzątko, a oni taką świnkę podają w całości … Pamiętam też, że jadłam przepyszna rzecz w Arequipie. Poszłam tam do takiej prawdziwej restauracji i zamówiłam pstrąga w zupie z pomidorów. Na co dzień jadałam w dziwnych miejscach za małe pieniądze.

 

Mówisz  o sobie, że jesteś fanką chaosu i lotnisk. Co przez to rozumiesz?

Jestem bardzo niepoukładana i doszłam do wniosku, że nie ma sensu z tym walczyć. Mam 500 pomysłów na minutę i nie mogę znaleźć sobie miejsca na stałe. Do tego jestem strasznym bałaganiarzem. Moje biurko w pracy wygląda okropnie. Cały przód biurka jest oklejony zdjęciami. Pełno na nim różnych miśków. Znajdziesz na nim też kawę, herbatę. Ktoś kiedyś napisał mi coś na serwetce i do tej pory tam leży.

 

A lotniska?

A jeśli chodzi o lotniska to je uwielbiam. Lubię tam siedzieć i patrzeć na ludzi. Lubię ten moment, kiedy ludzie czekają na kogoś, a potem długo się witają. Jak byłam na studiach, jeździłam na taras widokowy na Okęcie i tam się uczyłam.

 

Jakie masz najbliższe plany?

Chciałabym pojechać do Boliwii. Zobaczyć cmentarzysko pociągów i przejechać się najniebezpieczniejszą drogą świata.

 

Uważasz, że podróżowanie jest dla każdego?

Uważam, że w każdym z nas drzemie chęć takiego poznania.  I fajnie, że coraz więcej osób ma odwagę, aby spakować się i wyjechać.

 

Dziękuję ci bardzo za rozmowę i nie pozostaje mi życzyć niczego innego, jak wysokich lotów.

Również dziękuję.

 

Prezent od Karoliny dla czytelniczek.

Przepis na Mojito. Koktajl alkoholowy pochodzenia kubańskiego. „Przepis ten dostałam od pewnego Kubańczyka i jest to najlepsze Mojito jakie kiedykolwiek piłam. Był to ulubiony drink Hemingwaya”.

 

1 łyżka czubata brązowego cukru,

1 gałązka mięty,

15 ml lemoniady (czyli pół na pół wody gazowanej z sokiem cytrynowym),

45 ml białego rumu,

2–3 krople angostury.

Najpierw cukier z mięta i lemoniadą ugniatamy drewnianą łyżką. Potem dolewamy rumu, angosturę, wrzucamy lód, mieszamy i dolewamy wodę gazowaną.

Wszystkie składniki razem zmieszać i ugnieść. Resztę miejsca w pustej szklance zapełnić wodą gazowaną.

MobilneKobiety.pl - Bled (miasteczko w Słowenii) z widokiem na wysepkę na jeziorze, Słowenia, fot. K. Chlebowska

Bled (miasteczko w Słowenii) z widokiem na wysepkę na jeziorze, Słowenia, fot. K. Chlebowska

MobilneKobiety.pl - Kanion Colca, Peru, fot. K. Chlebowska

Kanion Colca, Peru, fot. K. Chlebowska

MobilneKobiety.pl - Obóz na Chachani (Peru), fot. K.Chlebowska

Obóz na Chachani (Peru), fot. K.Chlebowska

MobilneKobiety.pl - Peru, to w szklankach to soki wyciśnięte ze świeżych owoców (te najbliżej mnie to z ananasa), fot. K.Chlebowska

Peru, to w szklankach to soki wyciśnięte ze świeżych owoców (te najbliżej mnie to z ananasa), fot. K.Chlebowska

MobilneKobiety.pl - Malecon w Hawanie, Kuba, fot. K.Chlebowska

Malecon w Hawanie, Kuba, fot. K.Chlebowska

MobilneKobiety.pl - Przedszkole w Santiago de Cuba, Kuba, fot. K.Chlebowska

Przedszkole w Santiago de Cuba, Kuba, fot. K.Chlebowska

MobilneKobiety.pl - Ruch 26 lipca (26 de julio) (to był ruch Fidela Castro), fot. K.Chlebowska

Ruch 26 lipca (26 de julio) (to był ruch Fidela Castro), fot. K.Chlebowska

MobilneKobiety.pl - Pomnik Che Guevary w Santa Clara, Kuba, fot. K.Chlebowska

Pomnik Che Guevary w Santa Clara, Kuba, fot. K.Chlebowska

Trwa wysyłanie Twojej oceny...
Jeszcze nie ocenione. Bądź pierwszym który oceni ten wpis!
Kliknij pasek ocen aby ocenić wpis.

Komentarze

Czytelniczka, 23-04-10 18:30:
Przepraszam, ale kim jest pani Chlebowska?

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

* - pole wymagane

*
*

Samochody kontra ludzie

Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...

Galeria portalu

Biznes kopany, fot. sxc.hu

Biznes kopany

Nie są menadżerami największych korporacji, a zarabiają miliony. Mają cele do zrealizowania, ale za...

O nas | Reklama | Napisz do nas | Regulamin

Copyright © 2010 MobilneKobiety.pl