Droga redakcjo,
Piszę do Was, Mobilne Kobiety, które umiecie sobie radzić na tym paskudnym świecie, ponieważ mam problem. A konkretnie problem ma moja przyjaciółka, chociaż usilnie stara się go bagatelizować, nazywając go, nie wiem dlaczego, miłością.
Moja dwudziestoparoletnia przyjaciółka nie miała szczęścia do facetów i bardzo długo nie mogła nikogo sobie znaleźć. Aż wreszcie z jednego z wakacyjnych wyjazdów wróciła rozradowana, z wysokim blondynem obejmującym ją w pasie. „W końcu jest szczęśliwa” – pomyślałam sobie, kiedy przedstawiła mi swojego lubego. To było trzy lata temu...
Pierwszy rok ich związku, jak to zwykle bywa na początku, to była istna sielanka. Ćwierkali do siebie, przytulali się i całowali, nie zważając na otoczenie i świata poza sobą nie widzieli. Cieszyłam się z ich szczęścia. Potem było już jednak tylko gorzej. Zaczęło się od kłótni, kiedy przyjaciółka zapowiedziała chłopakowi, że wybiera się na babski wieczór. Zabronił jej kategorycznie. Stwierdził, że dziewczyny, które są w związkach, na imprezy same nie chodzą, a jeśli chodzą – to tylko po to, by kogoś poderwać i zdradzać swoich facetów na prawo i lewo. Przyjaciółka jednak uparła się i poszła. Skutek – facet z nią zerwał. Przyjechała do mnie zapłakana, bo przecież ona go kocha, nic nie zrobiła, po prostu chciała z koleżankami się pobawić. Pocieszałam, przytulałam i podawałam coraz to nowe opakowania chusteczek powtarzając, że facet pewnie sam dojdzie do wniosku, że głupio postąpił i jeśli ją kocha, to wróci. Przyjaciółka, mimo moich upomnień, słała mu codziennie setki smsów z błaganiami o spotkanie i rozmowę. Facet się nie odzywał. Po tygodniu jednak zadzwonił, umówili się, przeprosił i od tej chwili miało być cudnie. Nie było.
Kłótnie stawały się coraz częstsze, a spektakularne wymiany zdań zdarzały się nagminnie zwłaszcza na imprezach wśród znajomych lub na ulicy. Padały ostre słowa – z jego ust, bo ona zazwyczaj płakała – nie obeszło się również bez wyzwisk pod adresem przyjaciółki, które zarzucały jej, mówiąc eufemicznie, lekkie prowadzenie się. Każda awantura kończyła się oczywiście odejściem faceta i słowami pożegnania z jego strony. Ostatnia taka „sprzeczka” odbyła się dwa tygodnie temu na przystanku autobusowym. Kiedy przyjaciółka starała się zatrzymać odchodzącego chłopaka – ten odepchnął ją tak silnie w stronę ulicy, że tylko cudem nie wpadła pod nadjeżdżający samochód.
Nie byłam podczas tych wszystkich kłótni obecna, ale przyjaciółka, oczywiście od razu przybiegała do mnie się wyżalić. Słyszałam też niejedną relację naocznych świadków. Moja początkowa sympatia do jej „ukochanego” malała z każdą wizytą zapłakanej przyjaciółki. I znów – pocieszałam ją, przytulałam i podawałam chusteczki, bez ogródek już mówiąc, że ten facet to gbur i cham, przekonując, żeby nie wracała do niego, choćby nie tylko przepraszał na kolanach, ale kupił jej całą kwiaciarnię z ulubionymi różami. Wysłuchiwała moich rad, zgadzała się, w końcu odzyskiwała humor i już, już zaczynała odżywać, kiedy na horyzoncie znowu zjawił się ON. Podobno stęskniony, bardzo pokornie przepraszający za swoje zachowanie i zapewniający o swojej dozgonnej i głębokiej miłości.
Przyjaciółka tym razem wzięła go na przetrzymanie i dzwoni do mnie po radę – co mam jej powiedzieć? Wiem, że jeśli tylko się z nim spotka – nie będzie umiała powiedzieć mu tego, co powinna: „Spadaj z mojego życia”. Co mam jej poradzić? Jak ją przekonać, że nie jedna rybka w morzu pływa, że ten facet na nią nie zasługuje i tylko rujnuje jej życie, nie mówiąc już o pogłębianiu niezaprzeczalnie wielkiej rysy na psychice?
Pomóżcie, proszę – Zosia Nie-Samosia
Droga Redakcjo, postanowiłam napisać do Was o tym, co mnie frustruje. Mieszkam w dużym mieście i...
Bóle brzucha i mdłości zwykle kojarzymy z zatruciami pokarmowymi. Jednak tych symptomów lepiej nie...